czwartek, 18 kwietnia 2013

niedziela, 14 kwietnia 2013

O klubie, który znienacka pojawił się w Gdańsku...

Zdjęcia: Justyna
Opis: Filip

Jedna noc. Kilkaset osób pod wejściem. Jeden, opuszczony budynek, urządzony na potrzeby sztuki. Wydarzenie pod nazwą "Znikający klub w Gdańsku" na facebooku zgromadziło pięć tysięcy chętnych i nie ma się co dziwić, bo jest rzeczą niezwykłą by jako centrum kultury angażować obiekt, który od lat stoi pusty i grozi zawaleniem. Organizatorzy włożyli naprawdę sporo wysiłku w przystosowanie dawnej szkoły pielęgniarek dla potrzeb całej imprezy. Odmalowano ściany, zadbano o oświetlenie i elektryczność dla całego budynku (choć miejscami były z tym problemy). W dodatku wszystko to tylko na jedną noc.

Udało nam się wejść wcześniej i rozejrzeć po wszystkich pomieszczeniach, gdy jeszcze było jasno za oknami. Teraz patrząc na fakt, że niektórzy by wejść do środka czekali ponad trzy godziny (a niektórzy tylko 20 minut...), czuję, że mieliśmy niezłe szczęście.

Oczywistym jest, że wielu tych ludzi przyszło tam głównie by się zabawić, a dopiero gdzieś przy okazji otrzeć się o jakąś formę sztuki. To zapewne wyjaśnia wygląd ulicy Reduta Miś w okolicach północy, gdy na dachach pobliskich samochodów stało pełno butelek i puszek, a każdy pobliski kąt wypełniały śmieci. 



Sala wykładowa i fotele dentystyczne.
















Mari mori i jej laleczki w malutkich trumienkach zdobiły klatkę schodową.




Dla fanów mocniejszych brzmień udostępniono przestronną salę z ogromnym lustrem.







Toaleta z widokiem na dawny szpital.




Mój faworyt do tytułu najlepiej zagospodarowanego pomieszczenia. Jam session musiało odbywać się w klitce wielkości 1/3 tego pokoju...




Kuchnia w przystępnej cenie.




Na pierwszy rzut oka, niby normalne pomieszczenie, które bardzo łatwo można przegapić, ale już po chwili, widzimy włosy wystające z blatu i...



...ogarnia nas drobny niepokój.




Obrazy na ścianach pojawiały się po ściągnięciu na telefon specjalnej aplikacji, która przekształcała kod umieszczony na ścianie w kawałek sztuki. 







Nocny market dla wszystkich zainteresowanych niecodziennymi drobiazgami czy ubraniami.




Misz Adjacki i jego "Wszechchłopcy".














Cud myśli technicznej szafko-łóżko.




Czyjaś stopa. Mniej więcej tyle można było zobaczyć z performenców które odbywały się w składziku na miotły...










Można nas było zobaczyć w internecie.




Przywdziej dowolne szaty, a my zrobimy ci zdjęcie.








Jedna z ciekawszych instalacji...




i dziewczyna siedząca w klatce. (Żywa!)





Jam session. Każdy kto potrafił grać, po prostu podchodził i grał.




Niestety nagłośnienie nie odpowiadało wielkości pokoju, w którym mieściło się góra 30 osób. 





Ale co z tego, skoro był nieprawdopodobny klimat? Słuchało się tego naprawdę przyjemnie.













Morze nieszczęśników, dla których cała impreza skończyła się przed wejściem...




...i brzydal, który napisał te słowa.